Google+ Followers

piątek, 17 października 2014

Przemijanie czasu...

czyli wrzesień, rok później. 

Ziściło się moje małe marzenie, siostra pytała, czy mam duże? Chyba nie, bo te tak rzadko się spełniają, ale z drugiej strony, gdybyśmy nie potrafili marzyć, świat byłby szary i ponury.
Moje małe marzenie, czyli jazda samochodem po międzystanowej, wielopasmowej autostradzie. Co prawda, tylko pięć pasów w każdą stronę, ale zawsze! Jadąc, jako kierowca w większej części trasy Sun Valley – Salt Lake City czułem się super. Dla porównania, aby odległość ta była bardziej czytelna, to prawie wycieczka z Krakowa do Gdańska, ale tu, jakie widoki. Jedziesz i rozkoszujesz się wprost nieziemskim pięknem Idaho i Utah, a i samo Salt Lake City tez jest miłym miastem, choć widziałem je bardzo krótko.
Jednym z interesujących obrazków są bardzo długie składy pociągów towarowych, trzy potężne lokomotywy i liczone 99 wagonów! w najdłuższym składzie. Gdy wracaliśmy już nocą i Księżyc w pełni był naszym towarzyszem, (odwoziliśmy jednego z naszych kolegów Czechów na lotnisko, gdyż wracał do domu), jeden z takich składów zrobił sobie breaka i stanął w poprzek jednej z mniejszych dróg. Objechanie to tylko kilkanaście, a może kilkadziesiąt mil! Ale co tam, jemu jest dobrze (czytaj: towarowemu).
Te same minuty, u nas kilometry, w Stanach mile. Właśnie, te same minuty, zmieniając stacje radiowe w czasie jazdy, a także w naszej lokalnej stacji nigdy nie słyszałem podawanej godziny. Nikt się tu nie spieszy, choć punktualność jest ważna, jednak czas jako taki nie. Nie ma, jak to w warszawskim Radiu Pogoda, co dziesięć minut jest 12:36, za dwadzieścia cztery minuty trzynasta, nie ma jak w innych polskich stacjach radiowych częstego, czasem do przesady podawania czasu.
Wszyscy wiedzą, że czas przemija, jednak nie jest to aż tak istotne. Miesiąc później też odwoziliśmy kolegę na lotnisko, tyle tylko, ze do Boise, stolicy stanu Idaho, tym razem Polaka. Odwoziliśmy go w bardzo szczególnym dniu dla Amerykanów, przy okienkach odpraw bagażowych było krótkie memo, w którym linie dziękowały pasażerom za to, że właśnie dziś lecą w swoją podroż, dziś, 11 września, rok później po narodowej tragedii.
Przyglądałem się ludziom, ich spojrzeniom, widziałem na lotnisku dużą grupę agentów różnych agencji, którzy wyróżniali się w tłumie, panował alarm pomarańczowy, ale czy coś tak strasznego mogło się raz jeszcze powtórzyć? Według mnie nie, ale jak to napisałem rok wcześniej w swojej książce, Internetowa cela:

(...) Kilka lat temu miasto dotknęła straszna tragedia, kiedy na zawsze pożegnaliśmy nasze ukochane „wieże”, a każdy następny dzień był już zupełnie inny. Chociaż staliśmy się mocniejsi i bardzo zbliżyliśmy się do siebie, to jednak zapanowała dziwna psychoza. Chęć zemsty zawładnęła całym państwem. W tamtym okresie cały świat nam współczuł, przesyłał kondolencje, cieszył się z nami z każdej odnalezionej żywej osoby. Choć takich szczęśliwców było tylko kilku.
Odbudowaliśmy nasze „wieże” i choć nie były już tak wysokie, jak wtedy, to jednak robiły wrażenie. Wkrótce przylgnęła do nich nazwa „Mauzoleum”, a na wielkim placu, na wielkich marmurowych płytach, tak, jak nastąpiło to po wielkiej wojnie ojczyźnianej, wyryto nazwiska tych, którzy w ten „czarny wtorek” nie wrócili już z pracy do swoich domów.
Tysiące agentów, dziesiątki tysięcy żołnierzy prowadziło śledztwo, później zakrojoną na wielką skalę akcję odwetową. Świat ogarnęła panika, wszyscy żyli w transie, zrzucane bomby, wystrzeliwane rakiety zabiły tysiące ludzi, a jednak łaknęliśmy krwi, wciąż było nam mało. Mu bombardowaliśmy, oni zastawiali pułapki, wysadzali budynki, zostawiali na ulicach samochody pełne materiałów wybuchowych. Krew lała się strumieniami, a Antychryst nadal się ukrywał, nikt go nie widział, a wszyscy go słuchali. Przybierał różne maski, różne twarze, nawet najnowsza technologia nie mogła nam pomóc.
Świat podzielił się na dwie części. Trwała „święta wojna”.

I święta wojna trwa nadal, choć nikt już o niej nie mówi. Wszystko dzieje się poza świadomością narodu, który w 78 procentach deklarował czynny udział poprzez transmisję telewizyjną w rocznicowych uroczystościach, a co czwarty Amerykanin chciał wziąć w nich udział osobiście.