Google+ Followers

niedziela, 28 grudnia 2014

Kartki z podróży

Cykl tekstów napisanych w 1999 roku, czyli jakże odległe w czasie, ale szczere, pełne mnie, otwarte na świat i ludzi, którzy w różnym miejscu i czasie pojawiali się na mojej drodze. Również kilka z nich spisanych w trakcie pobytu w Stanach Zjednoczonych 2002-2003. Miłej lektury życzę...

Epizod XXII

Mam nadzieję, że Szanowna Pani miewa się dobrze, zdrowie dopisuje, wszystko jest w porządku. Cieszy mnie to bardzo, gdyż nie mogłoby być inaczej. A ja od kilku dni nie mogę zebrać myśli, jak to dziś zauważyła moja znajoma z wypożyczalni kaset „coś zostawiłem w pielgrzymce”. I taka jest prawda. Gdzieś tam, na którymś odpoczynku, pod którymś drzewem zostawiłem kawałek siebie, swego serca, może cząstkę duszy. Wróciłem innym człowiekiem, a ten mój mały atomik zabrała pewna siostra w plecaku i pojedzie z Nią chyba do Gdańska. Nie jestem pewien. Czego? Czy właśnie ona to sprawiła, że kula na pół się rozpadła i ze środka mała istotka wyszła na ten dziwny świat szukać szczęścia, które gdzieś tam wciąż na ciebie czeka, jest w tym kamyku, jest w twojej dłoni, kształt znajomy, powiesz co to, co dziś sprawia, że jestem szczęśliwa, uśmiechnięta, promień słońca na tej twarzy, kropla deszczu, rosy kropla, nad brzeg morza wyjdź znajomy, wiatr we włosach niech zaszumi, niech poniesie pieśń twą w dal, dłoniom swoim podaj chmury, usta niech poczują morza smak, słonej wody smak... To taka wolna nuta strofy dziś te układa, gdy myśl ta wolno błądzi, gdy pod strzechy zabłądzi, gdy o brzasku zmęczeni upadniemy spleceni w uścisku miłości to wtedy powiesz, to ona, ta kobieta znajoma, dobrze nam kiedyś mówiła, że będzie taka miłość, która sercu twemu odwagi doda, przełamie wszystkie troski, świat stanie się radosny, uśmiech na twych pięknych ustach zagości i pozostanie na wieki... Jeśli bym chciał znaleźć taki świat, gdzie nie istnieją troski, gdzie świat jest radosny, gdzie dzieci są, jak dorośli, a oni, jak dzieci, gdzie szczęście na drzewach rośnie, gdzie miłość zakwita na wiosnę... Zaćmiło Słońce myśli nasze, są dziwne teraz i inaczej postrzegasz to, co obok ciebie dziś się dzieje, za oknem noc, tuż za nim ciemność, dalekie światła na twym osiedlu przypominają, że obok ciebie mieszkają, ci co czekają na spełnienie ich marzeń, pragnień, ich intencji, tuż obok ciebie, lecz daleko są dzisiaj oni i już będą rywalami twoimi u tego, co w twardej trzyma dłoni świat zmieniony, świat rozpędzony, który zatracił wszystkie wartości, nie wie co może, nie wie co musi, co sprawia radość, co zaś ból przynosi i choć by przyszło dziś uciekać, to nie masz miejsca, gdzie uciekać możesz, znajdę oazę dziś dla ciebie, byś schronić mogła się i przetrwać burze gradowe i zawieje. Kasiu, siądź pod tą brzozą, a odpocznij sobie, nie dojdzie cię tu słońce ni krople deszczowe...
Przede mną na biurku leżą dwa małe kamyki, cząstka mnie i cząstka Ciebie. Do momentu, gdy ją zobaczyłem na noclegu w Jankach (nocowaliśmy na tym samym podwórku, ona z wujkiem w stodole, my w namiotach) wszystko było w porządku. Później wszystkie zamierzenia, moja intencja, to, co miałem powiedzieć Oli, a czego nie zrobiłem, zresztą po naszym spotkaniu w Częstochowie zawiodłem się na niej, gdyż poświęciła mi tylko pół minuty, legły w gruzach.
Jest godzina 1:35 rano, z głośników po raz kolejny sączy się chyba moja piosenka przewodnia, cudowne C U .... Coolia, gdzieś tam daleko za siódmą górą, za ósmą rzeką, w miejscu, które chyba nawet jestem sobie w stanie wyobrazić z kilku pobytów w Gdańsku, z okna, z którego być może widać żuraw portowy, w pokoju cudownym, spokojnym snem sprawiedliwego płynie marzeniem sennym Kasia. Być może dotarła już do Niej moja książka, może czekała już na Nią, gdy wróciła do Gdańska. Bardzo jestem ciekaw, jak ją przyjmie, jakie wrażenie na Niej wywoła. Tym razem jest to piąty utwór z plików MP3, Numero Uno i ich bez wątpienia największy przebój Tora, tora tora. Czas mija, dziś doszedłem do wniosku, że wypada pomyśleć o Sylwestrze. Trochę ponad 130 dni do Millennium, to już tak blisko. Nawet się nie zorientuję, a będzie już 30 grudnia.
Rok wcześniej tylko wymieniliśmy spojrzenia, zniknęła w stodole, gdzie spała z wujkiem i tyle się widzieliśmy. Później jeszcze wyłapałem Ją okiem aparatu w Wielgomłynach, zrobiłem zdjęcie, do którego w zasadzie nie przywiązywałem wagi. Twarz, która mnie zaintrygowała. Przez cały rok nawet nie myślałem o Niej, a zdjęcie sobie spokojnie leżało. Przed pielgrzymką, która skończyła się tydzień temu wziąłem ze sobą to zdjęcie i kilka innych. Może komuś sprawią radość. Niewątpliwie było tak z naszym ojcem Stanisławem, przewodnikiem grupy „16”, którego wyłapałem na Przeprośnej Górce akurat, kiedy był podrzucany. Powiedział, że jego mama nie uwierzy, jak zobaczy go na tym zdjęciu. Taki właśnie jest czar fotografii, zatrzymać wszystkie piękne i cudowne chwile. Do noclegu w Jankach-Psarach, tam gdzie w tym roku musiałem wyjątkowo dojechać, do momentu, kiedy Ją zobaczyłem nawet nie myślałem o tym, aby Jej szukać. Zdjęcie było i dobrze. Spotkałbym Ją – dobrze, nie miałbym tej przyjemności – trudno, jakoś bym przeżył.
Stało się jednak inaczej, za co niewątpliwie jestem Bogu wdzięczny, może po to brałem udział w tym roku w pielgrzymce, aby Ją spotkać. Mam wrażenie, że doszedłem do pewnego etapu mojego życia i mojej książki. Nie było jeszcze osoby, z którą po pięciu dniach znajomości chciałbym się ożenić. A tak niewątpliwie jest z Kasią. Przypadek i Przeznaczenie to inne z imion Boga. W trakcie któregoś z kazań usłyszałem, że pielgrzymka nie jest miejscem spotkań towarzyskich. Nie idziemy po to, aby poznawać innych ludzi. Tak, bez wątpienia nie jest to impreza towarzyska. Jednak, jeśli pojawiają się przede mną osoby, które wywołują we mnie pozytywne odruchy i dobrze działają na moją osobę, to bez wątpienia nie mogę ich odrzucać. Nikt nie chodzi w pielgrzymkę, aby szukać rozrywki, lecz jeżeli znajdzie, np.: żonę, to czy nie jest to dar boski.

Siedzę w samochodzie, nagle patrzę, idzie. 
– Cześć, Mam dla Ciebie zdjęcie.  
– Cześć, to fajnie, to miło... 
Nasze pierwsze słowa, później jeszcze wieczorem siedząc na wozie gospodarza przegadaliśmy trzy godziny. I choć jest ode mnie dziesięć lat młodsza, to jednak jest bardzo mądra i inteligenta, jak na swój wiek. Tam mnie zadziwiała i nadal tak się dzieje. Potężny intelekt, który sprawia, że rozmowa z Nią, słuchanie Jej to nieodgadniona przyjemność.
Nie wiesz, jak było mi miło móc Cię, choć na krótko zobaczyć, a przede wszystkim słuchać. Cudowne uczucie. Pierwszy raz nie musiałem prawie nic mówić. Szczęście mają ci, którzy mogą częściej przebywać w Twoim towarzystwie. To, o czym mówiłem, a co wydaje się może trochę dziwne. Jednak całkowicie prawdziwe. Jeśli dwoje ludzie ma być ze sobą, to nie potrzebują miesięcy i lat, aby się poznać. Wystarczy kilka dni. Powiesz, że to niedorzeczne. Może? Ale czy zawsze trzeba czekać aż tak długo? To, co wymyśliłem tam na górce, a co jest chyba bardzo trafne. Trzy kółka, za trzy dary. Miłości, czułości i wierności. Czy jeden z tych czynników wystarczy, aby stworzyć udany związek. Dwa, może jednak wszystkie trzy. I czy w takiej kolejności? Mi te kilka dni w zupełności wystarczyły, abym mógł sformułować to poważne pytanie. Tak, jak mówiłem. Musiałbym tylko popracować nad jednym z trzech wymienionych aspektów. Dwa już istnieją albo inaczej, już dziś mogę je ofiarować.
Jesteś, jak ta róża. Ona już rozkwitła, Ty natomiast dopiero bardzo powoli rozwijasz na świat Swój kwiat. Kształtuje się Twoja osoba, smukła, zmysłowa sylwetka, delikatna twarz, jak również gdzieś tam, coś w środku. To, co się w Tobie rozwija. Twój intelekt, mądrość, szlachetność, subtelność. Chyba już o tym mówiłem, choć nie jestem pewien. Świetnie adaptujesz się w każdym środowisku. Wczoraj jeszcze zmęczona, wyczerpana i pełna wiary siostra z trasy pielgrzymkowej, dziś lub jutro dama, modelka, kobieta z klasą. Jesteś ciepłym i cudownym światłem na mej drodze i niech tak dalej będzie. Człowiek, który ma wrażenie, że odnalazł coś szczególnego w trakcie pielgrzymki. Ten człowiek, to ja.
W trakcie kolejnych dni pielgrzymki szukałem możliwości, aby z Nią przebywać. I poniekąd się to udawało. Moje czarodziejskie dłonie w tym roku masażami czyniły cuda. Przynajmniej w ten prosty sposób mogłem Jej pomóc. Minęła północ, dzień przeszedł ciężko, późno wstałem, późno się położyłem, dziś będzie chyba podobnie. Byłem, jak anioł stróż. Stałem gdzieś obok, obserwowałem, wspierałem. W Skotnikach, a raczej dochodząc na nocleg padało, dopiero dzień później na trasie mogłem Ją zobaczyć. Przed Przedborzem wspólnie byliśmy na mszy, z Przedborza do Sokolej Góry... zresztą, każdy czas był dobry. Dlatego szukałem tej sposobności. Wieczór w Wielgomłynach, równie miły wieczór z długim masażem w Św. Annie. Tu bardzo Jej pomógł, gdyż tego dnia i dojścia na nocleg szczególnie się obawiała. Mam nadzieję, że cudowna maść kupiona u sióstr pomoże Jej babci.
Czy coś jeszcze powinienem o Niej napisać? Jest coś takiego, temat na duże opowiadanie, może kolejną książkę. Bez wątpienia będzie musiała mi o tej historii więcej opowiedzieć, abym mógł przelać ją na papier, a w zasadzie na komputer. Można improwizować, ale wolałbym trzymać się blisko realiów, wtedy może być to ciekawsze. Opowieść z dreszczykiem to raczej nie będzie, może romans, może coś zupełnie innego. Pięć młodych, zmysłowych, pięknych dziewczyn założyło pewne stowarzyszenie. W trakcie pielgrzymki, kiedy mi o nim opowiedziała nadałem mu nazwę, również tytuł do nowej, potencjalnej książki – „Stowarzyszenie >Modliszka<”. Brzmi interesująco. Chcąc odegrać się na facetach, na podłych samcach postanowiły wodzić ich za nos. Pozwalać się uwieść, rozkochać w sobie, doprowadzić do szału i nagle zniknąć, zerwać kontakt, nie przyjść na umówione spotkanie. Dla bezpieczeństwa zapewne nie mówiły zbyt wiele o sobie, zapewne nie podawały numerów telefonów. Gdybym chciał zacząć, to może w ten sposób.

Wielka, obszerna sala dyskoteki. Z każdego miejsca słyszysz dobiegającą muzykę, mrok i światła, wirujące po ścianach, po sufitach, dotykające splecione na parkiecie pary. Docierające w każdy z jej zakamarków. Postacie giną w mroku, spowija ich gęsty, biały dym, jakby mgła zawisła nad salą. Z każdym sykiem nowe jej masy wydostają się na zewnątrz. Ludzi przybywa. Stoją, obserwują, pojedynczo i grupami, siedzą przy stolikach, przekrzykując się wzajemnie, gdyż głośna muzyka zagłusza wszystkie ich słowa. Wszędzie mnóstwo szklanek pełnych piwa, soków, drinków. Zabawa dopiero się rozkręca, czujesz wibracje sali, czujesz już je w sobie. Jedno piwo i już jest znacznie lepiej. Zaczynasz wibrować w tak muzyki. Twoje nogi czują rytm, wtapiasz się w tłum, powoli przesuwasz się na parkiet. Czujesz, to, co lubisz. Powoli odlatujesz.
Tańcząc obserwujesz wchodzące osoby. Po dwie, po trzy. W pewnym momencie uwagę twą przykuwa pięć dziewczyn. Zresztą nie tylko twoją. Większość ludzi, którzy stoją zwróciła głowy w stronę wejścia. Jeśli wchodzi do dyskoteki pięć takich dziewczyn, to trudno ich nie zauważyć. Zmysłowy seks emanujący z ich ciał, spojrzeń, wyszukanych, wyćwiczonych ruchów. Sposób poruszania się, siadania. Sposób przyglądania się sali. Sposób czarowania sali. Mogą ubiegać się o mistrzostwo świata. Sala wróciła do swoich rozmów, jednak ukradkowe, taksujące spojrzenia panów wciąż ocierają się o długie, smukłe, piękne, zgrabne nogi, cudowne pośladki, na twarze ich nie są w stanie spojrzeć. Zbyt są onieśmieleni, ci, którzy podrywają każdą dziewczynę. Teraz są zawstydzeni. Czy to nie dziwne. Może, sam nie wiem. One nie czują się skrępowane. Wręcz przeciwnie, szukają rywali, godnych przyjąć wyzwanie. Przyjmują każde spojrzenie, które ktokolwiek ośmieli im się przeciwstawić. Nie boją się niczego.
W równie pochmurny dzień, jak dzisiejszy, doszły do wniosku, że muszą przejąć inicjatywę. Obecnie trudno ustalić, gdzie odbyło się ich pierwsze, tajne spotkanie. Może był to jakiś amerykański, gastronomiczny przybytek, gdzie łatwo możesz złapać kilka kilogramów jedząc wysokokaloryczne kanapki, pijąc mleczne koktajle albo inne napoje. Może któraś dyskoteka, nie raczej takie miejsce nie nadawało się do ustalenia supertajnego planu. Zapewne miejscem ich spotkania mógł być ich ulubiony pokój, będący własnością Ani – przez kilka miesięcy został obklejony plakatami po sufit. Teraz z tego wyrosła, ale na malowanie nie miała specjalnie czasu i chyba ochoty. Był kolorowy, zakręcony, jak ona. Choć jest osobą mądrą i dojrzałą, jeśli można tak powiedzieć o siedemnastolatce.

Taki mógłby być początek tej nowej opowieści. Niewątpliwie i do niej dojdzie za jakiś czas, jeśli wystarczy mi wytrwałości, której niewątpliwie Kasi nie brakuje. Pierwszy raz spotkałem osobę, która z taką wiarą i zaangażowaniem dąży do celu. Byłem, jestem i pewnie nadal długo będę pełen podziwu za Jej poświęcenie, wyrzeczenia w trakcie pielgrzymki w imię własnych intencji, w imię intencji niesionych na kartce, a zebranych od bliskich Jej osób. W tamtym roku, jako „debiutantka”, idąc po raz w pielgrzymce to zrobiła. Czemu nie. W tym roku również i coś jeszcze. Trzeciego dnia pielgrzymki mijamy w trasie Górkę Magdalenkę. Nie wiem skąd wzięła się nazwa. Jest to tradycja wchodzenia na kolanach w intencji dobrego męża, w Kasi przypadku. Kilkadziesiąt metrów w górę, później wokół kapliczki trzy okrążenia. W intencji męża i w intencji niesionych intencji. Miała kilka dni na podleczenie kolan, aby w moim towarzystwie wybrać się na Panieńską Górkę, również tradycja. W pierwszej kolejności ciepły doping i pomaganie śmiałkom, którzy na kolanach w kole zmagali się z wapniakami i z bólami, jakie pokonywanie tej trasy niosło ze sobą. Jako, że była kolejka musieliśmy swoje odczekać. Po pewnym czasie i my przyłączyliśmy się do tego „kamiennego kręgu”, jak go nazwałem. Do pokonania trzy kółka, jak wspomniałem za miłość, czułość i wierność. Też tam to wymyśliłem. Aby miało to jakiś sens, chyba ma, skoro każdego roku młodzi ludzi narażają na szwank swoje nagie kolana, bo chodzenie w spodniach nie przystoi. Kasia dzielnie pokonała wszystkie trzy, ja zrobiłem tylko jedno. Nie wiem, dlaczego, może czułem się kiepsko, a może po prostu odpuściłem. Dzień później mieliśmy wejść razem do Kaplicy Jasnogórskiej również na kolanach. Tak, od pierwszej bramy. Jednak się nie spotkaliśmy. Ja tego nie zrobiłem. Brakowało mi wiary, samozaparcia, chęci? Nie wiem, ona po raz kolejny mnie zaskoczyła. Czuję się mały przy Niej, bardzo mały. Mam tylko nadzieję, że Jej kolana dobrze się goją. Dla takiej osoby nie ma spraw, których nie można zrealizować. Za trzy dni rozpoczyna kolejny rok szkolny. A do matury jeszcze dłuższa chwila.
6 sierpnia wyruszyła do Częstochowy największa, najbardziej doniosła, wręcz gigantyczna pielgrzymka na Jasną Górę. Źródła podają, że było to 52 tysiące pątników, czego nadal nie mogę sobie uzmysłowić, choć ja wtedy miałem już skończone 10 lat. Teraz, gdy na noclegi wchodzi dziesięć tysięcy, to prawie tych ludzi nie widać. Jak to musiało wyglądać, gdy było ich pięć razy więcej?? 249 dni później urodziła się Kasia.

Dziś odebrałem miły telefon. Chociaż ostatnio nie ma czasu napisać, dlatego postanowiła zadzwonić. Nie zdziwiło mnie to, co usłyszałem. Byłbym zdziwiony, gdyby było inaczej. Dobrze jest wiedzieć, że jednak jest gdzieś obok. Mam nadzieję, że uda się Nam stworzyć przynajmniej dobrą przyjaźń, może „przyjaźń z perspektywami”, jak zostało to powiedziane w filmie. Czego chcieć więcej, łyżeczkę ryżu, kromkę chleba z miodem, szeroką drogę przed samochodem, po bokach drzewa, za nimi pola, a nad polami ptaki latają stadami.
W Wołominie stoi pewien pomnik, relikt przeszłość, na skalnym bloku dumny T-34. Myślałem, że tylko tam, przez jakiś czas stał również takowy w Nowym Mieście nad Pilicą. Stał, bo od kilku lat chodzę skrótem w mieście i bardzo dawno już go nie widziałem. Natomiast przedwczoraj widziałem jeszcze jeden taki historyczny pomnik, gdzieś przed Piszem, we wsi Nowogród, na wzniesieniu, do którego prowadzi kilkanaście stopni, wygląda tak, jakby za chwilę miał ruszyć – „skrzydlaty” T-34. Wygląda godnie.
Mam ochotę do Ciebie napisać, ale nie wiem, czy byłoby to wskazane. Nic nie stoi na przeszkodzie, ale będzie to mój piąty list do Ciebie. Przede wszystkim muszę poczekać, na choć jeden, który wyjdzie z pod Twojej delikatnej dłoni. Tak, jest to dzień, na który od pewnego czasu czekam. Teraz, gdy nareszcie pracuję i choć tylko na zlecenie, to jednak jest to praca. Co ciekawe w starej firmie i cieszy mnie to, że są tam jeszcze ludzie, którzy choć trochę darzą mnie sympatią. To miłe uczucie. Ciekawe, jak się spodoba to, co piszę moim szanownym koleżankom. Ale wracając do sedna, to powrót z pracy od trzech dni związany jest z oczekiwaniem na list. W zasadzie to miałaś go napisać w sobotę, może w niedzielę, później trzeba wysłać. Może jutro, może piątek, przyjdzie jeszcze jakiś czas poczekać... Za czas jakiś, kiedy zgaśnie słońce, kiedy chmury rozproszy wiatru powiew, wtedy samotnie z ciemnego pokoju w noc ciemną wyjrzymy dzisiaj... Polną drogą pójdziemy, po bokach topole, może wierzby karłowate, w górze gdzieś tam księżyc pod nogi ci świeci, już przyszedł wrzesień i noce chłodne są, więc kubrak barani grzeje nasze plecy, twoje, lecz czy moje i czy zaświeci ognista kula, gdzieś za horyzontem... Lecz to nie jest ważne, teraz, gdy droga ta prowadzi ku tobie, choć nogi me są zmęczone, choć sił już nie starcza, choć idę noc i dzień i jeszcze noc, wciąż jednak zbyt daleko jesteś... Zgiąć swe kolana muszę dzisiaj i Magdalence się pokłonić, to u jej stóp klęcząc w pełni pokory na górkę wejść i nie pytać, czy trud ten opłaca się, czy będą bolały poranione kolana, czy warto dzisiaj trudzić się, by w ciszy, jaką spokój lasu niesie trud swój dziś znosić, bez wysiłku, wiedząc, że gdzieś tam ktoś wysłucha cię, czy warto... Zapewne tak, powiesz i pójdziesz dalej polną drogą, po bokach topole już nie rosną, las już cię wchłonął, ściany po bokach, a twój „korytarz” w głęboki mrok wprowadza cię, bo oto bór liściasty przerzedził znacznie się, lecz jednak gęsty i ciemny jest i taki stary rzekłbyś dzisiaj... Dokąd prowadzi moja droga, gdy z boru wyjdę, co ujrzą oczy me, jaki widok przed nimi się roztoczy...
Tak, Kasiu droga, dusza ma po tych polnych drogach błądzi, z trasy jeszcze nie wróciła i nie wiem, kiedy to się stanie. Lasy i pola dzisiaj mija, wsie i miasta znajome, rano się budzi, gdy słońca jeszcze nie ma, w noc, kiedy ciemno już się robi niespokojna usypia... I jak ją tutaj ściągnąć ponownie, jak ją sprowadzić na miejsce właściwe... Trudna to sprawa, przynajmniej dla mnie... Snuje się też po ulicach pewnego miasta i miejsca zapewne znanego dobrze Ci. Oddechem morza nocą oddycha, pomiędzy ludźmi na Długim Targu, Mokrej, Szerokiej, Lektykarskiej, Koziej przechadza się w ciepłym słońcu... Czuje ich troski i radości, sukcesy i porażki, jedne ją cieszą, inne smucą, pomóc by chciała, lecz nie wie, komu dzisiaj jest w stanie taką przysługę sprawić... Z daleka spogląda w Twoje oczy, tak ciepłe i ufne są, taką radością błyszczą, zaś nie tylko dzisiaj, z uśmiechem na twarzy się urodziłaś, ze szczęściem w sercu, z głęboką wiarą, to ona to sprawiła, że żadne bóle, żadne troski nie mogą stanąć na drodze Twojego postanowienia, co pięknym jest, co mi, skromnemu słudze Twojemu wiary okruch dodaje bym dziś nie zwątpił, ja człowiek mały, gdzieś w wielkim świecie... Gdyby za szczęście przyznawano Nobla to Ty byłabyś jedynym kandydatem, szczęście nagrodą jest bez nagrody i bez pieniędzy, bez wygody, bez ciepłej wody, radością życie jest w Twoim towarzystwie...
W Gdańsku znalazłem kolejny czołg, kolejny pomnik, którego symbolem jest czołg. To już czwarty, ciekawe ile takich T-34 stoi jeszcze w polskich wsiach i miastach... A swoją drogą sobota i niedziela upłynęła mi pod znakiem szczęścia, uśmiechu, radości, możliwości przebywania w Jej towarzystwie. Nie mogłem nie podarować pierwszego egzemplarza tej właśnie książki, której w zasadzie żadne ramy nie wiążą, stąd również te słowa, jako kontynuacja wątku, właśnie Jej, osobiście. I choć wcześniej znała jej treść, to jednak rozdział poświęcony Jej był tym, na co szczególnie czekała. I chyba się Jej spodobał, słowa, zdania, którymi ująłem moje myśli. Te cztery godziny w jedną stronę, powrót trwający też jakiś czas, to nic z kilkunastoma godzinami obcowania, słuchania, przyglądania się Jej. Zrobiłem trochę zdjęć, bo fotografia to dla Niej zabawa, jednocześnie jest to ciągła nauka dobrej fotografii z mojej strony. Pierwszy raz spotykam taką osobę, której pozowanie sprawia nieopisaną przyjemność. Ja swoje drobne niepowodzenie, bo w sumie zdjęcia wyszły ładnie, ale nie do końca tak, jak chciałem, składam na karb nieznajomości sprzętu lub nieodpowiedniego przygotowania się. Po prostu zapomniałem, że obiektyw, z którego korzystam to ZOOM, a czasami jednak było to istotne...
Minął tydzień, w Gdańsku dane mi było odbierać ostatnie przebłyski lata. Aura duchowa i atmosferyczna była wymarzona na taki wyjazd. Dziś, wczoraj, przedwczoraj, sentymentalne dni, sentymentalna pogoda, siedem dni, a ja mam przygotowany do wysłania trzeci list. Skąd biorą się te wszystkie słowa skierowane do Niej? Co sprawia, że jestem w stanie tworzyć, choć z drugiej strony jakbym się zatrzymał na pewnym etapie. W rozmowie ze znajomą doszedłem do wniosku, że zrobiłem wielki krok. Z małej prozy, recenzji do książki. Kolejny stopień na tych schodach, (dokąd mnie one zaprowadzą?), pokonany. Teraz należy zrobić kolejny. Z własnych doświadczeń i przemyśleń wejść w czystą improwizację, zacząć całkowicie od podstaw tworzyć i wymyślać. Postacie, wydarzenia, dialogi...
Nie wiem, skąd bierze się potrzeba pisania do Ciebie. Nigdy mi się to nie zdarzyło, pisać do kogoś list za listem. Może to z potrzeby rozmawiania z Tobą, może, dlatego, że wciąż o Tobie myślę, może spaceruję po brzegu morza w tym październikowym, zimnym wietrze szukając wzrokiem Twojej osoby, może to ten człowiek, który przygląda Ci się na molo, to ja, może szukam odpowiedzi na nieistniejące pytania, może czas się kłaść spać, może kiedyś na Twojej ulicy dąb wyrośnie, a dalej aleją topole, morze fale swe dziko po brzegu rzuca, przypływem zabiera zamek z piasku ze sobą, czy tylko gra słów to, czy może staram się znaleźć odpowiedź swą na nurtujące mnie pytania, może w przypływie radości kolejny wiersz na Twoją cześć ułożę i będę piękne dni, którymi obdarzymy tą drugą osobę, choć o tym staram się nie myśleć, to jednak chęć zobaczenia Cię jest, jak pokusa, której nie można oprzeć się, aby ją spełnić czekać jednak cierpliwie muszę, by nie zranić Twojej niespokojnej duszy, z zamętem w sercu i dużą dawką myśli w głowie, nie możesz spać spokojnie, wiem coś o tym, gdyż czuję się podobnie, jak długo to jedno zdanie można jeszcze pisać, jeśli pomysłów starcza to wystarczą przecinki, aby oddzielać je, lecz dam spokój sobie w tej długiej bardzo formie bawić się mógłbym długo, chyba trzeba postawić nareszcie kropkę.
Jeszcze 63 dni do końca tego roku i będzie Millennium.