Google+ Followers

piątek, 15 maja 2015

Anna Herbich - Dziewczyny z Syberii


Skan zdjęcia, strona 267
Jest takie zdjęcie na jednej ze stron tej książki, które przedstawia dwie siostry, Wiesławę i Zdzisławę. Pomimo faktu, że żadna z nich w momencie zrobienia zdjęcia nie mogła mieć więcej, niż dziesięć lat są to już raczej dwie młode, piękne kobiety, niż małe dziewczynki.
Zdzisława Wójcik jest jedną z dziesięciu kobiet, które Annie Herbich opowiedziały swoje historie. Rok wcześniej były to historie dziewczyn i kobiet, które los zetknął w dowolnym miejscu i czasie z wybuchem Powstania Warszawskiego. Rok później dziesięć opowiedzianych historii ma jeden wspólny mianownik – trudne do opisania deportacje na Wschód, na Syberię, kiedy wszystko, co było do tej pory nagle w ciągu kilkunastu minut przestało istnieć. Piękne, poukładane, sielankowe życie, plany na przyszłość, rodząca się miłość, chęć dalszego kształcenia – wszystko musiało poczekać, czasem nigdy już miało się nie spełnić.
Nie ma lepszych, czy gorszych opowieści, nie ma relacji, które nie szokują, czy też nie poruszają do żywego, ale chyba najbardziej ujęła mnie ta opowiedziana przez urodzoną w 1915 roku kobietę – Nazywam się Zdzisława Wójcik i mam sto lat. Deportacja z ukochanym do łagru, wspólna ucieczka i kilka tygodni w syberyjskich tajgach, jego śmierć z wycieńczenia tuż obok niej, później droga przez mękę w siedmiu więzieniach. Choć i tak ująłem to w bardzo dużym skrócie. To była walka o każdy dzień, każdy promień słońca, którego nie widziało się czasem przez wiele dni, każdy oddech życia.
I nie bez znaczenia jest myśl, która dotyka każdej z tych opowieści – Polka? Można poznać po charakterze! Ale jest inna myśl, która jeszcze mocniej podkreśla wyrazistość tego, z czym zmierzyły się te kobiety i czego wszystkie doświadczyły – Gdyby Bóg zechciał wskrzesić wszystkich więźniów łagrów, to w całej Rosji podniosłaby się ziemia.
Ta jedna myśl, to krótkie zdanie ma tak wielką emocjonalną siłę, iż trudno się nad nim nie zatrzymać, zadumać mając świadomość, jak wielka była to tragedia tysięcy rodaków, których dotknęły dwie wielkie fale deportacji tylko, dlatego, że mieli zaszczyt urodzić się Polakami.
Premiera książki zbiegła się w czasie z 70 rocznicą zakończenia II wojny światowej. Rocznicą, która dla Polaków jest datą szczególną, datą kończącą kilkuletnią okupację, w której miejsce pojawić się miała trwająca kilkadziesiąt lat obezwładniająca dominacja państwa radzieckiego, który niósł „wolność” wszystkim wyzwolonym narodom. Na czerwonych sztandarach, które zamieniły mniejsze zło w jeszcze większy koszmar.
Pojawiała się taka myśl w tej książce, której nie potrafię odszukać, aby wiernie ją zacytować. Jedna z tych kobiet dziwiła się tej masowej emigracji, choć już nie deportacji i temu szukaniu szczęścia na siłę na obczyźnie bez świadomości, że grzechem jest opuścić swój kraj. Nie potrafiła tego zrozumieć.
Anna Herbich po raz kolejny wykonała doskonałą reporterską robotę docierając do kobiet z różnych środowisk, które z jednej strony jesień swoich dni spędzają wśród najbliższej rodziny, ale też, jak to jest w przypadku Weroniki Sebastianowicz, która o polskość wciąż musi walczyć na Białorusi. Jakby przez te kilkadziesiąt lat nic się nie zmieniło, a jednak i niech ten krótki cytat będzie szczególną puentą tego literackiego spojrzenia na Dziewczyny z SyberiiCzasami mnie pytają, dlaczego ja również nie wyjadę. Dlaczego nie opuszczę Białorusi. Odpowiadam, że nie ma o tym mowy. Że ja się stąd nie ruszę za żadne skarby. Jestem w tę ziemię wrośnięta korzeniami. To jest bowiem nasza ziemia. Tu są groby moich przodków i moich najbliższych. W tę ziemię wsiąkła krew mojego brata. Tu jedenaście lat temu pochowany został mój mąż. Chcę spocząć u jego boku.

Anna  Herbich, Dziewczyny z Powstania, Znak HORYZONT, Kraków 2014

Anna  Herbich, Dziewczyny z Syberii, Znak HORYZONT, Kraków 2015

Artur G. Kamiński
Więcej o książce na Lubimyczytac.pl