Google+ Followers

piątek, 5 czerwca 2015

Wyprawa Krasnoluda w poszukiwaniu Kaszalota

Szczególną pod każdym względem Kartką z podróży jest opowieść, która jest moją wizją dalszego ciągu przygód wybranych bohaterów filmu Amelia, w ten sposób powstała Wyprawa Krasnoluda w poszukiwaniu Kaszalota.

Teraz, kiedy wyjechałeś Staruszku mam nareszcie cały dom dla siebie. Choć muszę się przyznać, że nie zamierzam z niego korzystać. Ten kąt w szopie bardzo mi odpowiada. Nie mam tam zbyt wiele miejsce, jednak jest go aż za dużo. Żyję skromnie, przynajmniej obecnie. Gdy ma się już dwieście lat, idą na bok psoty, igraszki i swawole, przychodzi pora, kiedy należy myśleć o jesieni mego życia.
Mam wrażenie, że zaskoczyłem cię moim zniknięciem. No cóż, dawno myślałem o tym, aby odwiedzić rodzinę rozrzuconą po całym świecie. A przy okazji odszukać mojego dzielnego druha Kaszalota. Chyba wiesz, o kim mówię. Jakiś czas temu twoja kochana małżonka (powiem Ci w sekrecie, że chyba nigdy jej nie polubiłem) wpadła na szalony pomysł. Ja czułem się z tego powodu okropnie, ale cóż ja, to Amelia wylała wtedy fontannę łez i to nie jakąś tam małą, parkową, ale tą wielką, umieszczoną centralnie w ogrodzie Luwru. Tak, tą mój drogi Staruszku. Tyle łez, kiedy odebrano jej kochanego Kaszalota.
Gdy ona płakała w swoim małym pokoju, ja wrzucony do szopy przez twoją, kochaną małżonkę i zapomniany zacząłem obmyślać plan. Z każdym dniem mój plan stawał się coraz bardziej realny, natomiast moje ubranie wyglądało coraz gorzej. Gdy zmarła ty wpadłeś na szalony pomysł, ale dzięki temu zyskałem zupełnie nowe ubranko, więc będzie ci wybaczone.
Nie byłem w stanie przyglądać się urnie z jej prochami dłużej niż trzy dni, dlatego trzeciej nocy postanowiłem ruszyć w świat. Odwiedzać wujków i stryjków, dziadków i kochane cioteczki i wszędzie tam rozpytywać o kochanego Kaszalota. Z miasta do miasta, z kontynentu na kontynent, raz w loku bagażowym statku, innym razem pod fotelem pilota wielkiego Boeinga 747, w wagonie superszybkiego pociągu w Japonii. Każdy sposób był dobry, aby znaleźć się znacznie bliżej celu.
Kiedy dostałeś pierwsze moje zdjęcie zrobione na Kremlu musiałeś poczuć się dziwnie? Pomyślałeś sobie zapewne, że ktoś zrobił ci głupi kawał, dlatego po pierwszym wysłałem drugie, później następne. W sumie chyba dziewięć. Zacząłem mą podróż od Moskwy, gdyż mieszka tam mój drogi Dziadek Michaił. Właśnie jego chciałem odwiedzić w pierwszej kolejności. Przyjął mnie bardzo gorąco i nawet nie krył łez. Ja też dyskretnie ocierałem swoje. Mieliśmy sobie tak wiele do powiedzenia, w trakcie rozmowy wędrowaliśmy po tajemniczych zakamarkach Kremla, w sumie poznałem go chyba lepiej, niż jego stali bywalcy, od brudnych lochów i piwnic, po zakurzone, pełne wstrętnych pająków (jak ja ich nie cierpię!) strychy. Ależ to była wycieczka. Dziadek nie słyszał jednak o Kaszalocie.
Pożegnałem się czule i ruszyłem dalej. Do Pekinu z jego Zakazanym Miastem, gdzie spotkałem cioteczkę Phing Phong, dotarłem podróżując do Władywostoku Koleją Transsyberyjską. Ponad siedem tysięcy kilometrów poprzez bezkres pól i lasów Rosji. Zanim znalazłem się w Kambodży nie mogłem odmówić sobie przyjemności odwiedzenia Terakotowej Armii strzegącej wspaniałego grobowca cesarza. Nawet miałem po drodze, więc czemu, nie. Cóż za kunszt, stać dwa tysiące lat na baczność!
Wspaniałe wrażenie zrobiła na mnie wielka świątynia Angkor Wat właśnie w Kambodży. Jakże trudno wyobrazić sobie jej doskonałe i dumne oblicze, cud architektury, a jednocześnie potęgę wiary oraz hinduistyczny symbol stabilności i niezmienności. Nie ma takich słów, którymi mógłbym opisać obraz, jaki ujrzałem wtedy o wschodzie słońca...

Kiedy teraz piszę te słowa siedząc przy twoim stole Staruszku, spoglądam na mrok za oknem, popijam mleko i rozpamiętuję minione chwile podróży, a także te, które wkrótce nastąpią. Gdyż nareszcie wiem, gdzie podziewa się nasz (twój chyba też, mam nadzieję) Kochany Kaszalot. Ale o tym za chwil kilka.

Ostatnim celem podróży do Azji w stronę Ameryki była Japonia, Kraj Kwitnącej Wiśni. Szkoda, że pora roku nie była odpowiednia. Tu mieszka mój dobry przyjaciel Tendzu, jednak to nie on opowiedział mi o miejscu pobytu Kaszalota. Zabrał mnie jednak na wycieczkę po Hiroszimie, tej samej, którą kiedyś unicestwił akt złej woli pewnej grupy ludzi. Choć miasto odbudowano pozostał symbol tamtej tragedii, zwęglony i powyginany szkielet Izby Handlowej. W tym momencie pomyślałem o pewnym mieście, do którego również podążałem. Tysiące ton stali i betonu pogrzebało blisko pięć tysięcy ofiar, matek, ojców, wujków, dziadków, ukochanych, którzy w ten „czarny wtorek” nie wrócili już z pracy do swoich domów.
Płynąc po wodach zatoki przyglądałem się potężnej postaci Statuły Wolności, wspaniałego symbolu Nowego Świata witającego tysiące emigrantów z różnych krańców wielkiego globu. Fakt, robiła wrażenie. Sam Nowy Jork przywitał mnie tak gęstą mgłą, iż nie dane mi było dojrzeć końca mojej brody, a co tu dopiero mówić o tym, co mnie otaczało. Jednak po chwili pojawił się czarodziejski podmuch (nie miałem Staruszku z tym nic, wspólnego) i już zaczęło przyświecać ciepłe słoneczko, choć lato nieuchronnie miało się ku końcowi. Tu zabawiłem znacznie dłużej. Przyjął mnie w swych skromnych progach, ale w jakże wspaniałym miejscu, gdzieś obok prezydenckiego bunkra w Kapitolu, wujek Sam. Faktycznie był sam, bo cioteczka Meggy zmarła kilka lat temu, jednak biedaczek już się pozbierał i teraz czuł się dosyć dobrze. Gdy siedzieliśmy przy kominku opowiedział mi kilka zabawnych historii na temat wielu gospodarzy tego, zaszczytnego budynku. Jednak znaczna część z nich na zawsze pozostało tylko w tych murach.
Moja klepsydra przesypywała się bardzo szybko. Ta, która odmierzała czas mojej podróży, również ta, która stoi teraz przede mną. Przywędrowała ze mną z Brazylii, gdzie widziałem drugi, równie wspaniały symbol, posąg Chrystusa Zbawiciela, spoglądający ze wzgórza i czuwający nad spokojem boskiego Rio. Muszę ci się przyznać, że w istocie jest to boskie miasto, ma w sobie szczególną siłę, gdybym mógł, pewnie bym tu został.
Przede mną były jeszcze trzy miasta, do których zamierzałem dotrzeć. Nigdzie wcześniej, choć dobrze się bawiłem nikt z moich znajomych nie słyszał o losach Kaszalota. Powoli zacząłem tracić nadzieję, jednak coś mi mówiło, że gdzieś przede mną jest jeszcze ta wspaniała wiadomość. I nie myliłem się.
Z Brazylii poleciałem do Hiszpanii, stamtąd do Grecji z jej pięknym Akropolem i w końcu dotarłem do Pragi. Wędrując uliczkami tego cudownego miasta czułem wspomnienie mej pierwszej, chłopięcej miłości, którą odkryłem blisko sto pięćdziesiąt lat wcześniej spacerując Złotą Uliczką. W jednym z maciupeńkich domków ukryła się swego czasu moja droga Małgorzata wraz z rodziną. Później gdzieś się przenieśli, więcej o niej nie słyszałem, lecz długo jeszcze do niej wzdychałem.
Tu również mieszkał od urodzenia, w jednym z tych, kolorowych domków mój brat Zygfryd. Tak się składa, że ja urodziłem się jakiś czas wcześniej, jednak w zupełnie innym miejscu. Jakże cudownie było się z nim spotkać, razem nocą spacerować po uśpionym mieście, jak za dawnych lat robiąc przy okazji kilka dobrych uczynków, które o poranku wprawiały ludzi w osłupienie. A to przerzucić kilka ton węgla z jednego podwórka na drugie (na to właściwe, gdyż wcześniej wozak się pomylił), czy też postawić dopiero, co zaczęty mur po sam jego szczyt. Ale co tam, najważniejsze jest to, iż Zygfryd opowiedział mi o Kaszalocie.
Nawet nie jesteście w stanie wyobrazić sobie mojego zdumienia, gdy mi o tym mówił. Wszyscy wiedzieli, że od dawna go poszukuję, dlatego przepytywali przelatujące bociany, stada wron, zwierzęta leśne, wreszcie ryby. Ludzie mówią, że „dzieci i ryby głosu nie mają”, jakże się mylą. Usilnie chcą usłyszeć zwierzęta w Wigilię, no cóż, może kiedyś im się to uda, przy okazji podsłuchać rozmowę dwóch karpi, które nie trafiły na stół, a próbowały wydostać się z małej wanny.

Teraz, gdy noc już za oknem, a ty zapewne jesteś w samolocie lecąc ku gorącym piaskom Majorki powiem Ci, co chciałbym zrobić. Jak pisałem wcześniej nie zamierzam mieszkać w twoim domu, gdyż postanowiłem go wynająć. Znam kilku kulturalnych krasnali, którzy obiecali na jakiś czas zaopiekować się domem obdarzając mnie pewną sumką. Będzie w sam raz na moją, ostatnią wyprawę. Mam nadzieję, że zanim wrócisz ja już będę z powrotem, gdyby jednak mi się nie udało te kilka kartek pozostanie na stole, aby być świadectwem mojej dobrej woli. Wtedy też zostanę na zawsze biorąc sobie za punkt honoru opiekę nad prochami twojej małżonki. Pozwól też mieszkać dalej moim znajomym.

Przede mną wyprawa ku Krainie Wielkich Jezior na pogranicze Stanów i Kanady. Gdzieś tam, w tym spokojnym miejscu żyje sobie Kaszalot. Teraz już dorosły, dumny i piękny jest też zwany Wielką Rybą. Dobrym duchem Jeziora Ontario, sędzią i rozjemcą, wodzem i przyjacielem. Jest też mężem, pewnej, dorodnej ryby, zwanej przez wielu Złotoustą.
W dniu, kiedy twoja kochana małżonka wylała go do kanału czuł się zagubiony i samotny. Stan ten trwał tylko kilka dni. Po pewnym czasie złapał dobry prąd, więc z innymi towarzyszami, którzy zmierzali ku morzu dostał się do Sekwany, a z jej nurtem do Kanału La Manche. Wtedy był już znacznie większy, silniejszy, zyskał również uznanie w środowisku trafnością ocen prądów rzecznych, zmienności pogody i kierunków wiatrów. Niby nic, a wszystko to miało wpływ na czas i wysiłek w trakcie podróży.
Z Kanału prosta droga wiodła do Oceanu Atlantyckiego. Tu drogi wielu uczestników podróży się rozdzieliły. Jednak Kaszalot obrał sobie za cel podróży Wielkie Jeziora, a konkretnie jedno z nich. Nasłuchał się o nich tak wiele dobrego, iż tam postanowił osiedlić się na stałe. Na Atlantyku panował jednak wielki tłok. Potężne ławice ryb, płynące na północ zderzały się z tymi płynącymi na zachód, płynące z północy często błądziły wpadając w zdradliwe prądy morskie. Trzeba było bardzo uważać, ale Kaszalot znał już swoje możliwości. Ufała mu również grupa blisko tysiąca innych ryb, małych i dużych, starych i jeszcze bardzo młodych.
Jednak nie wszystkim dane było dopłynąć do celu, gdyż była to bardzo wyczerpująca wyprawa. Do Zatoki Świętego Wawrzyńca dotarło tylko kilku śmiałków, część zginęła po drodze, porwana przez prądy morskie, pożarta przez wiecznie głodne wieloryby, czy też wycofała się z braku sił. Dopłynięcie do Jeziora Ontario było już tylko czystą formalnością.
Moja podróż ku niemu też trwała jakiś czas, dłużej niż planowałem. Jednak w końcu stanąłem nad brzegiem jeziora, szczęśliwy, dumny i uśmiechnięty. Już za chwilę miałem się spotkać z moim drogim przyjacielem, czule go uściskać od Amelii, a także równie gorąco od siebie. Patrzyłem na przepiękny las, wysokie, dorodne modrzewie i świerki, oddychałem głęboko chłodnym, jesiennym powietrzem mając świadomość, że oto dobiegło kresu moje życie. Moja misja miała się ku końcowi, za jakiś czas, chcąc dotrzymać danego tobie słowa Staruszku chciałem powrócić na mój kochany Montmartre. A tam przeżyć w spokoju, moje ostatnie lata opiekując się prochami, twojej zmarłej przedwcześnie małżonki. Przez ten czas nawet ją polubiłem.