Google+ Followers

niedziela, 21 lutego 2016

Pokłosie Konkursu literackiego... Kartka z Powstania Warszawskiego

Druga konkursowa edycja już dawno za nami i choć minął już jakiś czas od ogłoszenia wyników wciąż jest kilka prac, które choć nie pojawiły się w finale wywarły na mnie wyjątkowo duże wrażenie. Poziom tej edycji był bardzo wyrównany, a ja jestem już myślami przy kolejnej edycji, która chciałbym, aby była jeszcze lepsza, jeszcze dalej dotarła. Jest trochę czasu, aby się do niej przygotować. Jednak za nim do niej dojdzie niech myśli Wasze i uczucia dotyka wszystko to, czego ja byłem świadkiem borykając się z bardzo trudnymi wyborami, która z prac jest lepsza, a która może odrobinę gorsza...
Relief Anny Kamińskiej długo był w kręgu moich finałowych notowań, ale w konsekwencji nie wszedł do ścisłego finału. Nie zmienia to jednak faktu, że warto go poznać i warto go docenić.

Relief z 1944

Chłopak siedział na zakurzonej od sierpniowego upału, popielatej ziemi i obserwował czarno-biało-rudą kotkę – na oko 2-3-letnią. Zielone, lekko przymknięte ślepia zwierzęcia w słońcu mieniły się drogocenną barwą starego złota. Miękkość ruchów drapieżnika, niespieszne pociągnięcia szorstkiego języka czyszczącego gładkość sierści, delikatność drobnej łapy ze schowanymi teraz ostrzami pazurów – mały, rozkoszny spektakl niezachwianej pewności natury, która będzie trwała, nawet wtedy, gdy cały cywilizowany świat przyduszą gruzy.
Pomyślał, że mógłby zastygnąć w tej chwili – jak na reliefie – i już zawsze czułby pod nagością kolan drobiazg kamieni odbijających się stemplami na skórze, nos smagany podgrzanym wiatrem pstrzyłby mu się dziesiątkami piegów, stal oczu pieściłaby puch kociego futra, a stal gardzieli visa na zawsze zostałaby ujarzmiona przez płytką czerń kieszeni spodni. Tak mogłaby wyglądać jego wieczność, takie byłoby jego własne niebo – bez ludzi, którzy postanowili zakpić z człowieczeństwa, i bez Boga, który postanowił zakpić z Boskości.
Płaskorzeźbę tych sekund smagnął strzał. Potem kolejny. I jeszcze jeden. Kotka jednym giętkim skokiem wdarła się w pierzastość rosnącego najbliżej krzewu. Sierpniowy skwar został przecięty na pół: przestrzeń horyzontalnie podzieliła się na przezroczyste sacrum powietrza i żółtoszare profanum ziemi, a sielankowy obrazek rozprysł się na tysiące kawałków. Zamigotały w promieniach jak gwiazdy i spadły. Na drażniący zapach piachu, na spłowiałą trawę, na bohaterskiego orzełka na piersi chłopaka, na stal jego nieruchomych oczu.