Google+ Followers

sobota, 9 maja 2015

Pociąg pędzący przez życie...

Pociąg pędzący przez życie, czyli...
                                      luźne spojrzenie na „Pierwszą miłość” Vladimira Nabokova 

(Narysuj, namaluj grafikę do tego tekstu... i prześlij na adres kominek@agkaminski.pl,
najciekawsza zostanie wyróżniona nagrodą)

Brakuje dobrych myśli, aby ubrać je w równie interesujące słowa. Brakuje takich, dzięki którym temat, o którym myślę wyda się prostszy, bardziej przystępny, będzie wreszcie takim, do którego będę w stanie podejść bez skrępowania, gdyż wciąż coś mnie krępuje. Coś, co nie pozwala swobodnie podejść do tematu, oddać się mu z pasją i w taki też sposób poprowadzić.
Im dłużej o nim myślę, tym dalej jestem i tylko wciąż przemijające obrazy za oknem jadącego pociągu mi towarzyszą. Pusty, ciemny przedział, miarowy stukot kół i ja gdzieś tam w środku, w swojej podróży przyglądam się i obserwuję wsiadających i wysiadających na peronach ludzi. Na małych, wiejskich stacyjkach i co pewien czas, na dużych dworcach w kilku większych miastach w tej bardzo długiej podróży bez określonej stacji docelowej. To ku niej teraz zmierzam i jeśli tam dotrę zapewne szepnę słówko.
Pierwsze zetknięcie się z opowiadaniem Vladimira Nabokova sprawiło mi miłą niespodziankę. Wystarczyło kilka początkowych akapitów, aby przeniknąć w nie głębiej i zostać w nim na znacznie dłużej, niż z początku myślałem. Uczucie trudne do opisania, a jednak bardzo miłe. Wystarczy kilka pierwszych wierszy, taki lub inny początek historii i już wiem, że mi się spodoba, choć przecież trudno oceniać całokształt jedynie po wstępie, a może po wstępie do wstępu. Tu jednak nie miałem problemu, aby właśnie tak do tego podejść.
Pewności nie mam, ale mogę przypuszczać, iż Pierwsza miłość może być opowiadaniem autobiograficznym. Może, ale rzecz jasna nie musi, ale w roku 1909 mały Vladia miał tylko dziesięć lat i mógł być tym małym chłopcem, którego dziecięcym serduszkiem zawładnęło nowe, zaskakujące doznanie. Takie, którego nigdy wcześniej nie znał, a które zapewne z każdym spotkaniem z Colette rosło w siłę i nabierało blasku.
Dostrzegam dziesięcioletniego chłopca, który z błyskiem w oku i tą żywą, chłopięcą pasją przygląda się wystawie, a tam gdzieś w głębi, ładnie oświetlony stoi piękny, duży, kolorowy, lśniący wagon Nord Express. Widzę wypieki na jego małej twarzy, gdy przejęty i pełen zachwytu wraca do domu. Przyglądam się mu, gdy z podziwem patrzy na pociąg stojący na dworcu, lustrując każdy szczegół i detal, ze świadomością, że za chwilę pomknie nim w długą, ekscytującą podróż, by spotkać swą pierwszą miłość.
Jedno, krótkie opowiadanie podzielone na trzy rozdziały, które mógłbym nazwać – Podróż, Plaża i Pierwsza miłość. To właśnie trzeci rozdział jej dotyka, ale, aby do niego dotrzeć wcześniej należy przebyć bardzo długą podróż, by znaleźć się na pięknej, gorącej plaży, zupełnie innej, niż znana nam obecnie.

To, co, u Nabokova cennego, to mnogość faktów, informacji, konkretne odniesienie w czasie, dokładna narracja wskazująca na wiek bohatera. Wreszcie bardzo bogate opisy, jakże obrazowe, które w jakże prosty sposób pozwalają czytelnikowi odnieść się do tej podróży, stać się jej uczestnikiem.
Za słabo znam jego twórczość, abym mógł swobodnie wypowiadać się o niej, ale odczuwam w jego opowiadaniach lekkość i swobodę wypowiedzi, bogatą kolorystykę słowa, mnogość szczegółów. To, co w literaturze cenię szczególnie i ta podróż pociągiem na zachód – elegancka i luksusowa.
Wystarczy cofnąć się o sto lat w czasie, aby odtworzyć ją sobie w szczegółach. Jest stacja początkowa, jest końcowa, są etapy pośrednie, łącznie z miejscem, gdzie trzeba się przesiąść – Mógłbym nawet powiedzieć: bezpośrednio z Paryżem, gdyby pasażerowie nie musieli przesiadać się z jednego pociągu do drugiego na granicy rosyjsko-niemieckiej (Wierzbołowo-Eydtkühnen), gdzie szyny rosyjskiego szerokiego i leniwego toru na sześćdziesiąt i pół cala zastępował standard europejski: pięćdziesiąt sześć i pół cala, a zamiast kłód brzozowych do palenia używano węgla. 
To jedno długie, bardzo obrazowe zdanie ma w sobie wyjątkowo wiele treści. Pierwsze i najważniejsze, nie ma Polski, rok 1909, który pada wcześniej dobitnie świadczy o okresie historycznym, a podkreślenie faktu granicy rosyjsko-niemieckiej dodatkowo go uwypukla. Idąc dalej typ torem, nie tropem, a właśnie torem, oto opuszczamy dzikie, wielkie krainy stepów akermańskich, krainy bogate w lasy, pola, tundry i tajgi, pełne brzóz przemijających za oknami pociągu.
To wszystko za nami, opuszczamy ten kraj, aby dotrzeć do cywilizacji, do nowoczesności, aby wjechać do Europy, która się rozwija i tchnie radością, także swoich kurortów. Standard europejski, to już nie to samo, co daleki od doskonałości styl rosyjski, choć przecież także bogaty i zaskakujący swym przepychem.
Myśląc o podróży do Biarritz dotykam innych wypraw pociągiem na wschód, szczególnie jedna jest mi bliska i do niej często powracam. Do tej, która w tej niesamowitej powieści mnie ujęła, choć rzecz jasna nie ona sama. Wyprawa za Ural Jurija Żywago wraz z rodziną, do Barykina. Niesamowita jest ta podróż, tak w słowie, jak też w obrazie, piękna i ujmująca. Biarritz i Barykino, niby nic ich nie łączy, a jednak. Dwa miejsca na dwóch końcach świata pod jednym znakiem miłości ujęte, miejsca sielanki i radości, ciszy i spokoju, ziemski eden.
Podróże pociągiem zwróciły moją uwagę również we współczesnej powieści Paulliny Simons Jeździec Miedziany i w jej kontynuacji Tatiana i Aleksander. Tu ta miłość ma niesamowity i wyjątkowy charakter, a podróże pociągiem, szczególnie jedna, do ukochanej na Ural, to u tej młodej, amerykańskiej pisarki jest też wyjątkowe i niesamowite – Jeździec Miedziany jako odbicie lustrzane Doktora Żywago. Chciałbym nauczyć się tak pisać otwarcie i bez zahamowań, chciałbym umieć tak lekko przelewać swoje myśli na papier, jak ona, jak Pasternak, jak Nabokov.

Realistyczne spojrzenie na świat w opowiadaniu Pierwsza miłość pozwala poznać i odebrać w sposób pełny uczucia podmiotu lirycznego. Pozwala oddać to, co widzi i czuje, jak odbiera otaczającą go rzeczywistość. Od zachwytu wagonem kolejki dostrzeżonym na wystawie po pierwsze spotkanie i spojrzenie w oczy małej, ślicznej Colette.
Jednak zanim do tego dojdzie poznajemy to piękne, ciche, urocze miejsce, jakim jest Biarritz. Mógłbym przysiąc, że pamiętam taką plażę ze swojego dzieciństwa, taką radosną, żywą, pełną koszy spoglądających na morze. Gdzieś głęboko w tle rozpościerało się przytulne miasteczko, nadmorski kurort, gdzieś przy granicy hiszpańskiej.
Jakże odległa to podróż, jakże wielka przestrzeń dzieli nas od Petersburga, a jednak warto ją przebyć, by, choć na kilka dni cieszyć się tą innością, tą swobodą, tym Słońcem, w którym tonie plaża. Powraca bogactwo opisów, powraca nastawienie emocjonalne podmiotu lirycznego, który z żarem w sercu i sentymentem nawiązuje do minionych i jakże odległych w czasie chwil.
I tu ponownie warto zacytować jedno zdanie, obszerne i jakże piękne, choć przecież niczym szczególnym się nie wyróżnia. A jednak powracam do niego ponownie – Na promenadzie w pobliżu kasyna stara kwiaciarka o poczernionych brwiach ze sztucznym uśmiechem wsunęła zręcznie pełny goździk w butonierkę zatrzymanego przechodnia, na którego lewym policzku pojawiła się królewska fałda, kiedy spoglądał w dół na nieśmiało wetknięty kwiatek.
Wyjątkowe nagromadzenie informacji, obrazowo przedstawiające miejsce, opisujące ludzi, panujące zwyczaje i ta królewska fałda, która nie daje mi spokoju. Czyżby rumieniec, a może zawstydzenie? Jakkolwiek bym długo o tym myślał, warto zamoczyć nogi, aby wyjść na spotkanie małej, ślicznej, uroczej Colette.
Jedno, co z marszu mnie zaskoczyło, jedynie moje zamiłowanie do motyli przewyższało uczucie do Colette. Było jednak coś cenniejszego, coś bardziej pociągającego, niż rodzące się uczucie, a motyle, to chyba kolejny dowód na to, iż Nabokov opowiada nam o swoim dzieciństwie. Bo przecież właśnie wtedy połknął bakcyla zbierania motyli i od małego do końca pozostał jej wierny. Czyżby także później przedkładał motyle nad kobiety? Tego wszak się nie dowiemy, ale to pozwala w jakiś sposób dotknąć jego życiowej pasji.
Podróż i Pierwsza miłość, te dwa rozdziały w krótkim opowiadaniu są najbardziej obszerne, sama Plaża jest jedynie etapem przejściowym. A dziecięce uczucie, takie jeszcze dziwne, nierozpoznane, zaskakujące, coś, co trudno nazwać, rozpoznać i coś, z czym trudno się utożsamiać. Jednak blisko dwa miesiące pozwoliły małemu chłopcu cieszyć się obecnością jego rówieśniczki. Było to, coś więcej, niż radość.
Było wiaderko bogato zdobione, była suczka Colette, były plany i marzenia, było bronienie honoru damy. To wszystko było, trzy strony tekstu opowiadające o szczęśliwych wakacjach. Lekkość słowa Nabokova ponownie powraca, aż do ostatniego spotkania w parku w Paryżu. Kusiło mnie, aby napisać ciąg dalszy, aby bez skrępowania pokazać ich dwoje jakiś czas później, przypadkowe spotkanie, a może nie, może coś zupełnie innego.
Jedno, co mam do zarzucenia autorowi – brak imienia bohatera sprawia, że postać jest bezosobowa, bezimienna, postać, której zabrakło duszy. W ten sposób nie potrafię go sobie tak do końca wyobrazić.
W uroczym i cichym Biarritz podmiot liryczny zostawił zapewne cząstkę siebie, jakiś fragment małego serduszka.


--@-- @ --@--